Z Aten do Delf i Meteorów

Olimpia rozwijała się na szerokiej, równinnej, przepalanej słońcem dolinie, wśród niskich wzgórz, nad rozlewiskiem niewielkich strumieni. Delfy rodziły się wśród dzikich, wyniosłych masywów górskich, na skalnym progu, u stóp przepaścistych zerw. Olimpia jest jakby symbolem Grecji pełnej filozoficznego umiaru, pogody życia i kultu cielesnego piękna. Delfy to Grecja mroczna, orężna, tragiczna, złowróżąca. Olimpia to harmonia, Delfy – dysharmonia. Olimpia to wieniec oliwny, Delty — urwiska Fedriad. W gajach Olimpii pachniały zioła, śpiewały ptaki, nad Delfami krążyły orły, z gór ku nim leciały lawiny kamienne.


W pomroce dziejów Hellady mitycznej giną początki kultu Apollina Pytyjskiego u stóp Parnasu, przeciwstawione pelazgijskim jeszcze mitom Gel i jej węża Pytona. Trzeba było zabić węża, zniszczyć podległe mu miasta, okiełzać wróżycę — nie wiemy, kto tego dokonał, ale podejrzewamy udział pomocy z Krety minojskiej, a w każdym razie wpływ jej kultu bóstw żeńskich.
Potem górę wzięli, obrotni mężowie, którym wpadło na myśl autorytatywnie objaśniać wróżby, jakie kapłanka Pytona plotła chętnie każdemu, kto chciał się czegoś o swej przyszłości dowiedzieć, i to z najlepszego źródła (a któżby nie chciał?). Wróżbiarkę wzięli pod kuratelę i z domowej wyroczni zrobili wyrocznię państwową, niejedną w Grecji; która uwielbiała zabobony, ale najsławniejszą, najbardziej wpływową i aż do progu ery średniowiecznej wypełniającą swoje funkcje.