Nowe Ateny

Pireus ma niejedną pamiątkę z antyku: resztki bram i murów, szczątki hellenistycznego teatru przerobionego później na rzymską modłę, ślady term i cytadeli Hippiasza, Asklepejonu i Afrodizjonu, czyli świątyni Afrodyty Euploia. Kult opiekunki Pireusu, bogini morskiej, połączono z kultem Ateny Soteira. Ma także takie pamiątki, jak grób (rzekomy) Temistoklesa i grób (rzeczywisty) Miaulisa, cmentarz marynarzy angielskich z czasów wojny krymskiej. Ma wreszcie dwa muzea: morskie i archeologiczne, ale mało kto do nich zagląda, gdyż w Pireusie życie miasta handlowego i przemysłowego przytłacza kontemplację przeszłości, a zainteresowania gospodarcze w pełni górują nad ciągotami humanistycznymi. Turysta zaś przybywa do rejonu Pireusu dniem — by się kąpać w morzu, a nocą — gdy mu Ateny nocne nie wystarczają. Morze jest ciepłe i orzezwia, a życie nocne portu Pireus nie odbiega od standardu Neapolu, Tunisu czy Aleksandrii. A przecież na Pireus warto poświęcić trochę czasu, nawet gdy się nie ma interesu w stoczni, i gdy się nie korzysta z komunikacji morskiej. Życie portu i portowej dzielnicy to zawsze życie godne uwagi. Warto również zajrzeć do Muzeum Archeologicznego, zwłaszcza odkąd przechowuje ono odkopane przez robotników w 1959 roku w czasie robót kanalizacyjnych 8 rzeźb klasycznych o ogromnej artystycznej wartości, pono rzeźb ze szkoły Fidiasza i Praksytelesa. Tak zatem wielka przeszłość nie daje się w Grecji zepchnąć w cień, nawet w ośrodkach jak najbardziej współczesnych.

WIECZÓR. Wracamy do Aten, by powłóczyć się po mieście, wolni na koniec od obowiązków turysty. Przy stoliku w kawiarni na Placu Konstytucji pokrzepiamy się kawą. Grecja słynie z dobrej kawy, podawanej na sposób turecki z fusami — silnie (glika) lub słabiej (metrio) ocukrzonej albo gotowanej, bez fusów (gliku wrasto). A potem idziemy w ulice nowego i starego centrum, pociąga nas rytm ich codziennego życia, chcielibyśmy wrosnąć w to miasto, jak ktoś z jego krwi. To oczywiście przelotna, nieziszczalna chęć, nie znając nowogreckiego pozostaniemy zawsze jakby z zewnątrz, na uboczu, chociaż wielu mieszkańców stolicy zna przynajmniej jeden obcy język, a życzliwych i chętnych do porozumienia jest przytłaczająca większość. Kręcimy się po ulicach i placach, aż kiedy zmęczy nas tłum i jego gwar, szukamy ciszy w parkach czy na wzgórzach, otoczonych przez morze domów. Wzgórz w samym mieście jest kilka, zwłaszcza w południowej części. Nie zwraca się na nie uwagi. Ale wznosi się też prawie w środku — niegdyś było daleko za murami — wzgórze wysokie, spadziste, kształtny kopiec, jak nad Krakowem Kopiec Kościuszki, zwieńczony na czubie białą kaplicą pod wezwaniem św. Jerzego. Dawniej, gdy kto szedł na tę górę — a nazywa się Lykabet (Likawitos) i liczy 277 metrów wysokości — wchodził ścieżką w zakosach, na czubie góry mógł samotnie kontemplować widok porywający, na miasto, na morze i na wyższe góry, otaczające obniżenie ateńskie. Teraz jest już inaczej. Kolejka, po części tunelem, w parę minut wyciąga setki chętnych; i zbudowano też na wzgórzu amfiteatr dla widowisk masowych, nazywający się Teatron Likawitu.
A więc, zadomowieni w Atenach i zorientowani w topografii miasta, unikają Lykabetu i szukają dostępu na wzgórze Strefi, gdzie trafić trudno, a turystów brak. Bywają takie oazy ciszy i opuszczenia w wielkich miastach, balsam dla skołatanych nerwów. W prospektach i folderach zachwalających Ateny nie pisze się ani słowa o Strefi.
Słońce zaszło, zbliża się zmierzch, trzeba wrócić do ludzi, do świateł, które już zaznaczyły kontury ulic. Idziemy ku Staremu Miastu, Psiri, które jest nowe, ale nie nowoczesne i pobudowało się w pobliżu Agory i Keramejkosu. Ulice wątleją, zwężają się, ale to ostatecznie dzielnica pospolita i nieciekawa. Dopiero Plaka położona u stóp Akropolu rozprasza zmęczenie.