Kreta

Dużo tu zabytków, trochę ciekawostek etnograficznych. Platia Ekaterini jest środkiem miasta, a Platia Eleftherios (Plac Wolności) jego sercem. Tuż obok znajduje się Muzeum Archeologiczne, z powodu którego Iraklion jest centrum turystycznym Krety. Miasto jest handlowe, ruchliwe, południowe, z wielu hotelami i hotelikami, kawiarniami i kawiarenkami, kościołami i pensjonatami. Architektura kościołów raczej pospolita, architektura niektórych gmachów publicznych podprawiona nie najlepszą neominojszczyzną. Przy kawiarnianych stolikach sami mężczyźni albo odróżniający się jaskrawo ubiorem i zachowaniem turyści płci obojga. W kościołach przewaga kobiet słabsza niż w kościołach innych regionów Grecji. Kościół katedralny jest pod wezwaniem świętej Minas — nie wiem, kto ona — wewnątrz obrazy Damaskinosa. Najtkliwsze uczucia Kreteńczyków budzi kościół św. Tytusa, pod którego znakiem pohańców i papistów się bijało. Niejeden jeszcze kościół strzeże świątobliwej opinii o Iraklionie, ale sporo cerkiewek jednak przepadło lub zmieniło cel użytkowania.


Ozdobnym spadkiem po namiestnikach weneckich są fontanny na placykach, otoczone przez dzieci i przekupniów. Fontanna Sambo, Fontanna Segredo, przede wszystkim Fontanna Morosiniego, najbogatsza w ozdoby, bo Francesco Morosini spośród wielkorządców Krety najgorliwiej zabiegał o dobro miasta. “Zamknięta linią ośmiu półkoli z płaskorzeźbami o morskiej tematyce, z wazą pośrodku, podtrzymywaną przez stylizowane lwy” — opisuje ten mały zabytek podróżnik Paukszta — “potwory morskie ją zdobią, nimfy, trytony, delfiny, nie brak i byków, a lwy przypominają Granadę”. Po Wenecjankach i Turkach pozostały też mury obronne, warto je zwiedzić. Siedem bram Kandii jeszcze ocalało. Najokazalszą Bramę Jezusa przechrzcili bracia muzułmanie na Bramę Kajnuria, i tak już świecko pozostało. Trafiamy do Muzeum Historycznego, gdzie obiekty ze średniowiecznych i nowożytnych czasów, gdzie folklor i pamiątki po Kazandzakisie. W pobliżu stoi zresztą mauzoleum tego największego pisarza kreteńskiego. I wreszcie wchodzimy, pokorni i cisi, do Muzeum Archeologicznego. Już o jego skarbach pisałem.
Tyle o mieście. Ale jeszcze okolice. Przede wszystkim Knossos, tak bliski, że jakby dobudówka Iraklionu. Po drodze duża rzymska willa i tzw. Mały Plac z czasów minojskich. Niecierpliwie obojętnie mijamy je w drodze do Wielkiego Pałacu.
Jak przed wejściem na olimpijski Altis ceremoniał zakupu kart wstępu, a potem obowiązkowy rzut oka na popiersie zasłużonego barona propagandzisty — tak spotkanie z Minosem i Labiryntem poprzedzić muszą ceremonie z biletami i oczekiwanie na przewodnika przed popiersiem sira-odkrywcy. Ot, paradoks — pomnik odkrywcy kraju, który nie znał instytucji pomników. Ale sir Arthur Evans zasłużył na pamięć. Jak Schiiemann szczęście łączył z intuicją. O Knossos za jego czasów nic nie wiedziano. Już w okresie Dorów podupadły, za epoki rzymskiej zamieniony w Cofonia Lulia. Za bizantyńskich dni był Knossos umarły i pogżebany w ziemi. A Minosa znano tylko z legend. Dopiero pewien mieszkaniec Iraklionu, nazwiskiem Kalokairinos, a imieniem Minos, odkrył w 1878 roku ruiny na swoim gruncie. Nic mu z nich nie przyszło, wszystkie zasługi przypadły Evansowi, który w swe prace archeologiczne włożył entuzjazm, trud i pieniądze.
Prócz królewskiej w Knossos mamy do obejrzenia patrycjuszowską minojszczyznę w Tylissos, trzy bogate domy, zamieszkane w XVII–XV wieku pne., a w XX wieku ne. odkryte przez archeologa Chadzidakisa. Bizantyńszczyznę i renesans kreteński ujrzymy w paru innych miejscowościach, a do nieodległego Fodeie może zabłądzić ktoś, kogo interesuje miejsce urodzenia El Graco. A potem czekają nas dwie wyprawy górskie Iraklionu dość zresztą utrudzające i do celów odległych, mianowicie na owiane legendami, masywne i wysokie góry Dikti i Psiloritis.